Jak dla mnie sprawa wygląda tak:
Są dwie strony. Obie wykrzykują swoje argumenty, obrzucają się wyzwiskami i nazywa tę drugą bandą idiotów (albo i gorzej). Jedna ze stron, ominę już która, w ramach wzmocnienie swoich wypowiedzi wymachuje butelkami, kamieniami i kijami (albo i gorzej).
Ja stoję gdzieś po środku i jak widz mistrzostw tenisa patrzę to w jedną to w drugą, próbując uchwycić sedno problemu.
I nie potrafię.
Skoro temat homoseksualizmu jest ostatnio taki popularny, pozwolę sobie również go podnieść i podzielić się swoimi wątpliwościami, które ostatnio po przeczytaniu pewnego artykułu nie dają mi spokoju.
Kilka miesięcy temu – dwa, może trzy – w „Wprost” albo „Newsweeku” przeczytałam artykuł o pewnej grupie homoseksualistów i to podobno wcale nie tak małej, która jest wierząca i praktykująca. Taki stan rzeczy oznacza jasno: pary gejów albo lesbijek zgodnie z wymogami Kościoła żyją razem, ale nie uprawiają seksu, a nawet jeśli do niego dojdzie – na przykład pod wpływem słabości – muszą się z tego faktu wyspowiadać (podobnie jak osoby hetero żyjące bez ślubu).
Przeczytałam ten tekst i zaczęłam myśleć, próbując dociec co tak naprawdę przeszkadza ugrupowaniom skrajnie konserwatywno-katolickim. Gdzie tkwi jądro problemu, którego wciąż nie dostrzegam.
Pomyślałam, że może w ogóle o fakt, że dwie osoby tej samej płci żywią do siebie jakieś głębsze uczucia niż przyjaźń czy braterstwo/starszeństwo. Nie pasowało mi to jednak, bo Kościół Katolicki wyraźnie i wielokrotnie głosi miłość do bliźniego, wspieranie go i traktowanie z szacunkiem. Czyżby jakieś pisma kościelna, których nie znam, twierdziły wyraźnie, że uczucie miłości i troski, o drugiego człowieka, akurat tej samej płci, było złem i grzechem? Nie wydaje mi się, ale nie jestem specjalistą.
Pomyślałam więc, że może chodzi o ten seks, ale jak wspominałam, są jednostki i podobno nie jest ich mało, które gotowe są zrezygnować ze swojej seksualności na rzecz swojej wiary. Kościół miałby ich odrzucić, tylko dlatego, że Bóg obdarzył ich tak trudnym brzemieniem? Dlaczego więc nie odrzuca osób z kalectwami, albo chorobami psychicznymi – obie te grupy również w jakiś sposób zostały przez Boga „obciążone”.
W końcu pomyślałam, a co te konserwatywno-katolickie grupy obchodzi co dany człowiek X robi, zwłaszcza jeśli ten nie chodzi do Kościoła, albo nie wierzy w Boga. No dobrze, zdaniem wierzących grzeszy, ale co z tego? Możemy poinformować osobę X, że grzeszy i że czeka ją wieczne potępienie, ale jeśli nie zmienia swojego postępowania, to znaczy, że najwyraźniej nie przejmuje się tym. Czemu mamy siłą ją do czegoś nakłaniać? Skoro obdarzono nas wolną wolą i wolnością oraz sumieniem, które pozwala nam odróżnić dobro od zła, to zmuszanie kogoś do czegoś, byłoby pogwałceniem jego wolności. Powiedziałabym nawet więcej, cóż to za wierzący, którego siłą albo odbierając możliwości złego wyboru, przymuszamy do właściwego naszym zdaniem postępowania. Siłą jednostki jest samemu opieranie się złym podszeptom, nie zaś odseparowanie się od pokus.
Przeszło mi przez myśl, że może to nie kwestie wiary wchodzą w grę, ale takie przyziemne, społeczne, ale i tutaj żadnych jasnych odpowiedzi. Homoseksualizm to nie grypa, aby zarazić się nim od przebywania w tym samym pomieszczeniu. To również raczej nie wychowanie, bo gdyby tak, to homoseksualistów nie byłoby w rodzinach hetero, a najwyraźniej zdarza się to wciąż i wciąż. Skoro więc to kwestia urodzenia, to albo się nim jest albo nie (to aż się prosi aby poruszyć kwestię dzieci u osób homoseksualnych, ale za dużo grzybków w jednym barszczu to niezdrowo).
Może to moja ograniczona perspektywa, ale jakoś nie widzę w ujęciu tego wszystkiego co powyżej napisałam szkodliwości związków partnerskich. Doskonale potrafię zrozumieć fakt, że wygodniej jest odbierać za partnera pocztę, dowiedzieć się o jego stan zdrowia w szpitalu, nie musieć zeznawać w sądzie przeciw niemu, mieć coś do powiedzenia o jego pochówku czy spadku – tej całej przyziemności, którą spotykamy na co dzień.
Takie związki partnerskie przydałyby się nawet osobom hetero. Znam dwie starsze panie, które razem sobie pomagają – jedną dzieci zostawiły, jak dorosły, druga jest sama. Pomagają sobie na tyle mogą na ten wiek, ale kiedy któraś z nich umrze, zwłaszcza gdyby była to ta samotna, to kwestie pogrzebu będą czystym koszmarem.
Gdzie więc tkwi problem? Gdzie jest to zarzewie ognia, która sprawia, że idą w ruch kamienie i butelki?
Bo socjalizm to taki ustrój, co bohatersko zwalcza problemy nieznane gdzie indziej. Wystarczyłoby: znieść podatek od spadku, radykalnie obniżyć inne podatki przy jednoczesnej likwidacji wszystkich ulg (uproszczenie), uznać, że jedna osoba może upoważnić drugą do dowolnych działań w jej imieniu. I żadne “związki partnerskie” nie byłyby w ogóle potrzebne!