Jak tak sobie myślę, życie odludka ma w sumie dwa minusy. Jeśli człowiek przywyknie do swojego towarzystwa, co dla niektórych jest trudne, to może dostrzec plusy spędzania czasu z samym sobą. Od takich prozaicznych, jak brak czynników rozpraszających w pracy, po takie bardziej wzniosłe, jak zastanawianie się, co dalej z życiem i kim w rzeczywistości jesteśmy.
Życie odludka jest, jak łatwo się domyślić, życiem samotnym, a ta samotność po jakimś czasie okazuje się nie do wytrzymania. Właśnie wtedy wychodzi ze swojej samotni w odległym buszu i natyka się na drugi poważny problem.
Przykładowo ja kompletnie nie rozumiem, jak działają ludzie. Rzeczy, które dla mnie okazują się takie normalne i nie robią specjalnej różnicy, dla innych są nieprawdopodobnie istotne. Albo znowu na odwrót. Czasem trzeba zadzwonić, a czasem wręcz nie wolno. Pamiętać o urodzinach, prezentach i fakcie, że ta osoba nie lubi tamtej, a tych sprawach nie rozmawia się z X, ale można już z Y. Z tą osobą rozmawiać dyplomatycznie, a z tamtą jak najbardziej szczerze, bo nie lubi wykrętów.
Czuję się jak debiutantka na balu, która z paniką rozgląda się wokół, nie widząc czy robi dobrze czy źle, czy właśnie kogoś uraziła czy też nic się nie stało.
Ostatnio nie pojawiłam się na imprezie mojej znajomej, z przyczyn kompletnie ode mnie nie zależnych. Poinformowałam ją o tym wcześniej, ale w odpowiedzi uzyskałam jedynie grobowe milczenie.
Rozsądek podpowiada mi najróżniejsze rzeczy – może nie ma czasu, może jest zajęta, może się tym nie przejęła. Moje emocjonalne huśtawki sugerują jednak coś innego – obraziła się i nie chce ze mną rozmawiać.
Jak zwykle nie jestem konserwatystką tak teraz mam ochotę powiedzieć, że kurczę, chciałabym aby obowiązywały w takich sytuacjach jakiś rodzaj zachowań, który rozwiałby moje wątpliwości bez niepotrzebnego stawiania sprawy na ostrzu noża.
Co jak co, ale z książkami jest jakoś tak łatwiej.